
Czuł, że znowu puchnie. Koszula zaczynała niebezpiecznie trzeszczeć w szwach. Lada moment wystrzeli pierwszy guzik.
- Nie, nie teraz, proszę… Jolka się wścieknie… – pomyślał i zaczął metodycznie oddychać. Wdech, wydech, wdech. Atak mijał. Zawsze zaczynało się tak dziać, gdy zaczynał być głodny.
Kiedyś, w takich chwilach, stawał się czerwony. Joli to nawet na początku się podobało ale gdy której nocy zdemolował kuchnie a pozamykana (przez nią) na 2 kłódki lodówka wylądowała cztery piętra niżej na ulicy, kazała mu z tym walczyć. Zażądała też aby zmienił kolor. Na zielony bo to kolor nadziei. Czerwony jest już niemodny, mówiła.
Odmienny stan miał też swoje dobre strony. Stawał się niesamowicie silny, a to było niezbędne gdy musiał zmagać się z wrogami. Ostatnio mocno deptał mu po piętach, ten pożal się Boże, minister zero. Wydawało mu się, że jest nie wiadomo kim. Wyglądał komicznie w tym nowym ubranku supermana. Czesana w ząbek grzywka, dopełniała reszty.
Kąsał jednak dotkliwie. Starzy towarzysze żalili się i prosili: załatw go. Odpowiadał: “cierpliwości, cierpliwości. Nasz czas jeszcze nadejdzie. Jeszcze tylko dwa lata a wtedy tamtych postawi się przed trybunałem stanu”. Zwłaszcza ministra zero.
Przysłowiowy ciemny lud miał już powoli dość “dokonań” koalicji pseudo katoprawiczków z czworakowymi warchołami i quasi-faszystami pod wodzą konia, który mówi. Łatwo da się go przekabacić na ich stronę. Pracował już nad tym intensywnie.
Napisane w IV-RP




