
W dali rozległo się szczekanie psów. Nadchodziła obława, bynajmniej nie na młode wilki. Na nich. Siedzieli przy dogasającym ognisku w głębi lasu. Ubrania podarte, długie brody, tobołki z dobytkiem. Teraz kloszardzi, kiedyś politycy z pierwszych stron gazet.
- Koniec panowie – powiedział najwyższy, kiedyś wicepremier, rzucił do ognia ostatnie polano – nie ma sensu dalej uciekać.
- Roman, ja nie chce iść do więzienia – powiedział płaczliwie najmłodszy, Wojtek – z moim wyglądem wezmą mnie za jakiegoś geja, scwelą mnie.
Najstarszy, Mahmud, słuchał tranzystorowego radia. Leciały wiadomości. Przed Trybunałem Stanu rozpoczynał się właśnie proces przywódców zdelegalizowanego PiS. Kaczyńscy, Gosiewski, Ziobro i inni – wszystkim groziło wieloletnie więzienie.
- Belfmuk naka! - zmiął w ustach arabskie przeklęcie – wy pójdziecie siedzieć, a ja ?
- Masz przesrane Mirek, skrócą cię niechybnie o głowie – przytaknął Roman – albo wyślą do twoich a tam juz będą wiedzieli co z tobą zrobić
- Na pal cię wsadzą – zachichotał Wojtek
Najstarszy pochodził z Afganistanu. Jego matka była polką, ojciec Talibem. Dawno temu dał się namówić na podróż do kraju matki. Zrzucił turban, w obozie w Klewkach nauczył języka. Przybrał imię Mirosław, nazwisko zmienił na dawne panieńskie matki, Orzechowski.
Za namową Romana wstąpił do Ligii. Z radykalnego Taliba, stał się radykalnym chrześcijaninem. Już było tak dobrze. Razem z towarzyszami niósł (bywało, że ogniem i mieczem) wiarę w jednego Boga.
- Allāhu Akbar الله أكبر, żywym mnie wezmą – powiedział i wyjął sejmitara
—
Ps, Salamandra - mówisz, masz
Napisane w IV-RP




