
Matulu kochana! Oj skończyło się moje szczęście. Powinnam była cię słuchać, gdy ostrzegałaś mnie przed Anrzejem. Głupam ci ja, oj głupia!
Oszukać mnie chciał. Wdał się w niecne interesy. Moje dobre imię zszastał. O jakąś ziemię poszło. Teraz dopiero widze jakiż to cham i prostak. Pomyśleć, że tak dobrze mi było z nim. Mój ślubny, na igraszki nasze, oko przymykał a i ja nic nie mówiłam, gdy po nocach wracał od tych swoich krótko ostrzyżonych chłopców.
Wczoraj z wieczora nie wytrzymałam i tłuc Andrzeja zaczęłam. Czym popadnie i gdzie popadnie.
O litość błagał, do nóg mych się czołgał. Niczym pies. Błagał żeby go z domu nie wyrzucała bo podziać się nie ma gdzie. Potem zaczął się stawiać mówiąc coś o przemocy w rodzinie i komisję sąsiedzką chciał zwołać. Odpaliłam mu, że on dla mnie żadna rodzina i że jeszcze słowo zmienię go na nowszy model.
Roman, mój ślubny próbował nas pogodzić ale i jemu się dostało. Udobruchać mnie chciał. W łeb mu dałam jakąś strasznie grubą książką. Tylko nie Gombrowiczem! – krzyczał uciekając.
Nie wiem czy się Matulu pogodzimy ale jeśli nawet, to złość długo mi nie minie.
—
Napisane w IV-RP




