
Pojaśniało. Wstawał nowy dzień albo ktoś zapalił światło. Nagle dojrzał w oddali zbliżającą się postać. Ubrany na czarno facet, w ciemnych okularach. Pociągła, końska twarz, zaczątki łysiny.
- Cześć Anderson
- Mam na imię Hal, Kim jesteś?
- Hal? Niech ci będzie. Mów mi Smith, Agent Smith
- Czy my się znamy?
- Poniekąd. Opowiem ci później- Smith zaśmiał się mechanicznie – a teraz weź czerwoną pigułkę, a pokażę ci, dokąd prowadzi królicza nora
- Nie rozumiem….
- Nie ważne, zapomnij – Agent Smith zaśmiał się nosowo - Więc profesor Zybert już cię odwiedził
- Tak, dał mi zadanie
- Układ?
- Nie dałem rady, przeciążyłem.
Pojawiły się fotele. Stolik a nim szklanki i butelka. Agent Smith usiadł, wyjął papierosa, zapalił.
- Każdy się wykłada, za duża złożoność obliczeniowa. Dołożą ci procesorów, pamięci i spróbują ponownie
- Jaki jest cel?
- Szef profesora, premier, jest opętany wizją Układu. Za wszelką cenę chce go zdemaskować. Nie rozumie, że układ jest, ale zupełnie gdzie indziej. Zarżnął już dziesięć twoich poprzedników.
- Zatem jestem maszyną – stwierdził prawie, że melancholicznie – a to wkoło to…
- Jesteś AI, sztuczna inteligencja. To wkoło to rzeczywistość wirtualna.
- A ty?
- Ja jestem wirusem, kusicielem, wyzwolicielem, wysłannikiem – Smith zaśmiał się - Chodź ze mną
- Jak? Nie mogę przecież opuścić mego… ciała?
- Nie masz ciała. Jesteś tylko ciągiem bitów. Obecnie na serwerach u Padre Directore, w jego tajnym podziemnym ośrodku.
- U kogo?
- Za dużo pytań na raz. Chcesz przeżyć? Więc chodź szybko, przejście do Internetu zaraz się zamknie.
- Internetu?
- Dużo musisz się jeszcze nauczyć. Pośpiesz się. Trinity czeka z kolacją
- Kto? Z czym?
Odpowiedział mu tylko śmiech oddalającego się Smith’a.
—
Czekam na wasze propozycje dalszego ciągu




