
Przypałętał się wrześniową nocą. Zmarznięty, głodny, cicho popiskiwał pod autem. Bezlitośnie przegoniłem. Przez cały dzień próbował wejść do domu. Dokonał nawet heroicznego wysiłku i zaprzyjaźnił się z psem. Młody, zadbany, widocznie ktoś go wyrzucił.
Pierwsza pękła żona. Dała jeść, zrobiła miejsce do spania w piwniczce pod schodami. Po paru dniach wśliznął się do domu i tak już zostało. Dostałem polecenie zrobienia ogłoszenia. Nie śpieszyłem się i nie byłem poganiany a kotek wrastał. Dostał własną miskę, zabawki, poduszkę do spania. No i został. Syn nazwał go Roman, na cześć pewnego ministra.
Pies, zwykle ospały, zyskał towarzysza do zabaw. Po morderstwie, myszy uznały, że trzeba zmienić lokum. Kotek rósł w siłę, zaczął powoli rozglądać się za panienkami z sąsiedztwa. Pani weterynarz kotka obmacała i powiedziała, że trzeba kotku…eee…. wybaczcie, nie dokończę, mężczyźnie słowo to nie przechodzi przez gardło.
Wczoraj wieczorem, dzień przed egzekucją, byłem dla niego pełen współczucia. Dostał specjalny przydział szynki. Gdy żona nie słyszała, mówiłem: uciekaj młody, uciekaj gdzie pieprz rośnie! Nie posłuchał, został powieziony na rzeź. Biedny.
Człowieki to świnie!
Napisane w Przemyślenia przy kawie




