
Stał na brzegiem stalowego morza. Zimny wiatr bielił czubki fal. W dali, w kierunku miasta, sunął biały prom. Do wiosny jeszcze tyle dni – pomyślał. Czuł się bardzo zmęczony i stary, choć miał tylko 66 lat.
W gruncie rzeczy, cieszył się, że z jego pleców zostanie zdjęte jarzmo. Dawno temu, gdy byli dziećmi, obiecał bratu, iż pomoże mu w realizacji planów. Błąd. Nie przypuszczał ile będzie to wymagało wysiłku. Zawsze był tym drugim, młodszym, popychadłem. Wykonywał rozkazy.
Podupadł na zdrowiu. Nic dziwnego. Ciągły stres, awantury, nieudolność pomocników, których wskazał brat. Marzył tylko o jednym: odpocząć. Żyć z dala od tego całego zgiełku. Może napisze książkę?
Żal mu było tego miejsca. Pokochał je. Tyle wspomnień. Tyle rozmów, we dwoje, z Anną. Zwykłe szczęście, gdy nie musiał grać wyznaczonej roli. Bycie sobą.
- Panie prezydencie – odezwał się cicho sekretarz – pora jechać.
- Tak wiem. Jeszcze chwilę – odparł i po raz ostatni spojrzał w dal.
Hel 2015.
—




