Małżonka odkryła wczoraj naszą klasę. Gwoli formalności, jakiś czas temu, próbowałem ją bez powodzenia bakcylem zarazić. Wczoraj poprosiła o to sama. Po krótkim przeszkoleniu, przepadła.
Korzystając z nieobecności syna, zawładnęła komputerem. Wieczór spędziłem samotnie, z butelką wina, oglądając durnowaty acz śmieszny film. Otrzymała aż trzydzieści jeden wiadomości. Więcej niż dostaje rocznie mejli. Do późnej nocy stukała w klawisze, piszcząc i przytupując. Głośno głowiła się skąd zna osobę, którą poprosiła ją o dodanie do listy przyjaciół.
Nowe stare klasowe przyjaciółki zagroziły banicją, jeśli nie załaduje zdjęcia. Rzuciła się więc na nasze albumy zdjęciowe. Szczegółowe przebieranie. Koniec końców, usłyszałem, że musi pojechać do fryzjera, a jak wróci, mam jej zrobić ładne zdjęcie.
Dziś syn wrócił. Z marszu zagoniła do lekcji. Stanie się kujonem. Podczas obiadu pochwaliła się, że ma już 26 przyjaciół. Moje, zdobyte z takim trudem 46, skwitowała krótkim: w pół roku? eeee. Na nic zdały się wytłumaczenia, że ja nikogo nie szukałem. Sami przyszli.
Szybko zmyła naczynia i pognała do swojej klasy. Dziś samotna kolacja?
Napisane w Przemyślenia przy kawie




