
W światowy dzień kota, poszliśmy ze znajomymi do restauracji. Na kota w potrawce. Żartuje. W życiu bym nie przełknął kota. Ani szczura. Ani dżdżownicy. Ani… stop!
Wielce dorodna szefowa sali usadziła nas w najbardziej zatłoczonej części. Z tęsknotą spoglądałem na wolne, lecz zarezerwowane, stoliki. Poziom hałasu oszacowałem na około 120 decybeli. Skażenie powietrza równe mniej więcej temu, co można spotkać w zatłoczonym tramwaju. W dzień upalnego lata.
Co dziesięć sekund przebiegała mi po plecach wataha gówniarzy, ganiająca latające balony. Rozdeptywali (mnie) młodzi tatusiowie, z drącymi się (niczym koty) niemowlaczkami. Rzadziej młode lwice, podążające za stąpającymi niczym kosmonauci na księżycu, pociechami.
Miło trącały, przemykające niczym hoże łanie, kelnerki. Swoją drogą, one to muszą przechodzić jakieś okrutne szkolenie, by móc z taką gracją, niosąc po dziesięć talerzy, omijać wijącą się smarkaterię.
Jak to zwykle ostatnio bywa, rozmowa stoczyła się na naszą klasę. Idę o zakład, że przy sąsiednich stolikach też o tym dyskutowano. Doszliśmy do wniosku, że nasza klasa, jako ogólnonarodowe dobro kultury, powinna zostać objęta ochroną.
Udało się w końcu spożyć jadło. My przytyliśmy, portfele schudły. Pożegnaliśmy znajomych.
W drodze do samochodu, rozmowa zeszła na cyganów. W pewnym momencie żona powiedziała do syna: o widzisz, tam na rogu, stoi jedna, z dzieckiem. Gdy podjechaliśmy bliżej, okazało się, że to… nasza znajoma oczekująca męża, który zgubił samochód. Śmiechu było co nie miara
ps. Zapomniałem dodać, że przed obiadem, byliśmy oglądać Kryształowe Lwy.
Napisane w Przemyślenia przy kawie




