
Słońce wpadło z rana do mej piwnicznej izby. Rozproszyło mroki nocy polarnej. Oczy (nie przyzwyczajone) zmrużyłem, wyciągnąłem się, mrucząc niczym niedźwiedź i stwierdziłem: pora na zmiany.
I zacząłem od zmiany opon. Odbębniłem godzinę w kolejce, opierając się pokusie alusów z odzysku. Komplet kosztowałby tyle co moje auto. Spotkany znajomy, stwierdził filozoficznie, że nie wie po co zmieniał na zimówki, skoro zimy było co kot napłakał.
Wróciłem pod ziemię. Praca szła niemrawo. Sam sobie jestem sterem, żeglarzem i okrętem. Nie było komu zagnać. Uwiązałem psa na sznurek i pognaliśmy szukać wiosny i zajęcy.
Gnaliśmy polami, niczym rzecznik Sowińska uciekająca tubisiom. Bez kota Romana, bo zlał nas. Wolał grzać się na słońcu. Kapota szeroko rozwarta. Włos targany ciepłym wiatrem z południa. Pies myśliwski nozdrza rozwierał. Flinty tylko brak. Zamiast tego, bezkrwawe łowy aparatem… komórkowym.
Z każdym rokiem trudniej dożywam wiosny. Każdego roku jest ona cudowniejsza. Czasem, w listopadzie, grudniu, kusi myśl: kupić (tylko za co?) hacjendę na południu Francji. Hodować winogrona. Albo uciec w tropiki. Polinezja Francuska, hmm….
Napisane w Przemyślenia przy kawie




