
Zapuszczony bar, na obrzeżu wielkiego miasta, zwał się “Pod Papugami”. Informował o tym krzywo wiszący, na wpół przepalony neon. Zawsze zadymiony. Nikomu to nie przeszkadzało. Zaglądali tylko tubylcy.
Jednym z nich był “prezydent”. Bezdomny. Strasznie stary. Lubił wypić, nie zawsze alkohol. Nikt nie znał jego imienia. Nazywali go tak, bo z pijackim uporem powtarzał, iż był kiedyś prezydentem. Przychodził, żeby ogrzać się. Tolerowali go, można było pośmiać się.
Wystarczyło rzucić o Niemcach albo udać pedała. Toczył pianę. Wykrzykiwał o dobru ojczyzny. Jakieś karcie. Groził bratem, który podobno ukrywał się w Toruniu, ale powróci.
Teraz siedział przy barze, z głową smętnie zwieszoną nad szklanką z piwem. Zobojętniały.
- Klezmer grać! - rzucił nagle
A klezmer wzruszył tylko ramionami i zagrał ulubioną melodię prezydenta - walc Polskie Drogi.
Categories:




