
Wrogowie jeszcze śpią. Uzbrojeni po zęby. Karabiny, armatki, pistoleciki a nawet granaty w kształcie jajka. Zabarykadowałem się w bunkrze. Mam suchy prowiant. Głodem mnie nie wezmą.
Próbowałem podpiąć się do alarmu. Miałbym system wczesnego ostrzegania. Niestety serwer nie odpowiada. Musiałem coś zepsuć, dokładając nowy router. Pozostały uszy. Drżę nasłuchując niczym szarak pod krzaczkiem.
Jestem otoczony przez plemię, które od stuleci, w ten dzień, poświęca się temu pogańskiemu rytuałowi. Moi przodkowie byli pacyfistami. Prawdopodobnie mieszkali na pustyni. Woda była dla nich na wagę złota. Walczyli symboliczne.
Trzy lata temu próbowałem udawać prasę. Głośno krzyczałem “Press! Press!”. Zostałem skoszony serią. Tylko wrodzony refleks pomógł uratować cenny aparat.
Szczęście w nieszczęściu, przedpola skuł mróz. Nie grozi odsiecz z zewnątrz. Dla bezpieczeństwa odłączę prąd. Kot Roman, przeczuwając co się święci, dał drapaka.
Żywy, a może raczej suchy, nie wyjdzie stąd nikt! Idą…. Żegnajcie!
Categories:




