{scena3} 10 marca 1930, poniedziałek, godzina 10.25, Sasperstrasse, przy kanale portowym.
Czegoś takiego ogniomistrz Adalbert Walter jeszcze nie widział, a służył w straży ogniowej już od ponad dwudziestu lat. Powoli przysiadł zmęczony na stopniu wozu bojowego. Zdjął przypominający pickelhaubę, stalowy strażacki hełm. Kraciastą, lnianą chustką dokładnie otarł czoło. W tym czasie jego druhowie niemrawo zwijali węże. Zwykle nawrzeszczałby na nich, że ruszają się niczym muchy w smole. Tym razem odpuścił. Niewyraźne miny strażaków świadczyły o stanie ich umysłów. Nie wyglądało to dobrze.
Obok stał blady wachmistrz z VII rewiru, Fritz Leider.
- Jak ja, kurwa, nie lubię poniedziałków – zaklął po chwili Adalbert i splunął ze złością pod nogi.
- Zapal – Fritz wyciągnął pogniecioną paczkę tanich papierosów.
- Rzucam – odparł głucho strażak.
- Zapal, dobrze ci to zrobi – nalegał policjant.
Leider ubrany był w szarozielony, o ochronnym odcieniu mundur. Na głowie miał zielone, ozdobione gdańskim herbem, czako z wulkanizowanej fibry, z charakterystyczną gdańską dewizą: Nec temere – nec timide1. Bufiaste ciemnozielone spodnie wpuszczone były w długie wyglancowane buty z cholewami. Granatowy, dwurzędowy płaszcz, z lśniącymi guzikami, był rozpięty. Na szerokim pasie, wzmocnionym dodatkowo biegnącymi przez plecy paskami, wisiał ciężki pistolet parabellum.
Walter zrezygnowany wziął papierosa. Z namaszczeniem zaciągnął się dymem. Wiedział, że tego wieczora będzie pił. Z Fritzem, którego był sąsiadem, albo i sam, do lustra. Pić aby zapomnieć to, co dzisiejszego poranka zobaczył. – „Bez strachu, ale z rozwagą”. Jasne… – dewiza z nakrycia głowy Leidera dziś jakoś wyjątkowo nie przemawiała do bojowo zazwyczaj nastawionego ogniomistrza.
Od strony Bergstrasse2 nadjechała taksówka. Wysiadło z niej trzech mężczyzn ubranych w czarne płaszcze i ciemne kapelusze. Młody, wychudzony okularnik wyraźnie nie pasował do obu postawnych towarzyszy.
- Kto tu dowodzi? – warknął Hein.
- Ja – wachmistrz od razu domyślił się, że ma do czynienia z kryminalnymi.
- Ja znaczy kto, wachmistrzu? – stopień policjanta Hein odczytał z umieszczonych na patkach kołnierza munduru Fritza dwóch srebrnych gwiazdek.
- Wachmistrz Fritz Leider, VII rewir, Olivärstraße3 6/7.
- Hauptmann gdzie?
- Hauptmann Winter na urlopie, panie komisarzu.
- Nadkomisarzu – poprawił z naganą w głosie Hein.
Fritz zachował dla siebie uwagę, iż nie dane mu było zobaczyć legitymacji rozmówcy. – Co ja jestem, jasnowidz jakiś, czy coś? – Przemknęło przez myśl policjantowi. Doświadczenie podpowiadało mu jednak , że z psami z Karrenwall nie należy zadzierać.
- Ładny burdel macie tu, siostry! Przegonić mi tych gapiów, ale już! I skąd tu, do cholery, wzięli się ci strażacy?! – pieklił się Hein.
- Gasili… – odparł cicho rewirowy.
- Człowieku, nas wezwano na miejsce morderstwa, a nie do pożaru.
- Pan komisarz sam zobaczy – wachmistrz wskazał ręką na przylegające do terenu polskiej firmy Elibor A-G, gęste zarośla. Kryminalni bez słowa ruszyli we wskazaną stronę. Z chaszczy wytoczył się zielony na twarzy asystent kryminalny I okręgu policyjnego, Siegfried Stahl.
- To nie wygląda za dobrze, panie nadkomisarzu – wybełkotał z trudem.
- Zabezpieczyliście teren?
- Tak, niestety prawie nic nie znaleźliśmy. Lekarz sądowy zaraz będzie.
Hein, Schultz i Gurke z mozołem przedarli się przez zarośla. Ich zdumionym oczom okazało się miejsce zbrodni. Nadkomisarz Hein poczuł jak miękną mu nogi, a to nieprzyjemne uczucie nie nawiedzało go już od… sam nie pamiętał, od kiedy. Gurkę zasłonił usta i zgięty w pół rzucił się do tyłu, i tylko Schulz pozostał niewzruszony.
1 tłum. pol.: Bez strachu, ale z rozwagą, albo: Ani zuchwale, ani bojaźliwie
2ul. Władysława IV
3ul. Oliwska










cudne, tylko ten tekst z seksmisji wybija z nastroju
Dobry tekst
Pozdrawiam
Zajrzyj przez longin go dotatków na blogi;))) i ćwirkaj tak jak dawniej;))