
Pusta, bezludna plaża. Szare, zimne morze. Tak niedaleko od miasta, które ona nazywała Danzig, a on Gdańsk. Uporczywy wiatr, u progu wiosny, próbował zerwać im kapelusze z głów.
- Musisz jechać Angelo? - odezwał się w końcu.
Czekała na to. Był taki nieśmiały i zamknięty w sobie. Włożyła tyle trudu by otworzył się i aby zabliźniły się dawne rany.
- Tak, przecież wiesz – spojrzała mu ciepło w oczy – Nie wracajmy już do tego proszę.
Ostatnie dni bardzo ich zbliżyły. Długie, szczere rozmowy. On był polakiem, ona niemką. Historia ich narodów była pełna uprzedzeń, bólu, zadanego zła. On ciągle patrzył w przeszłość. Ona była optymistką.
- Co będzie dalej? - spytał cicho
- Nie możesz się już tak boczyć – uśmiechnęła się zalotnie – tamte kartofle to nie była moja wina.
- Wiem, ale to nie jest łatwe, mój brat…
- Znajdź mu w końcu kobietę
- Ma ale ukrywa się – zasępił się – Może dlatego, że wstyd mu przed matką? Ona nie jest z naszych sfer
- Jakie to ma znaczenie w naszych czasach? – powiedziała szybko – czasy się zmieniają, tłumaczyłam ci to przecież.
- Tak, wiem, wojna skończyła się dawno, ale….
- Cicho już
Rozejrzała się wkoło. Przytuliła, poprawiła troskliwie szalik
- To taka nasza Helska Casablanca – zmieniła temat – pamiętasz tamten film?
- Tak, dobrze się stało, że przyjechałaś - znów był taki męski. Silny i stanowczy. To ją radowało.




