
Mój luby, Jaro Kaczy kooper, wyhodował żmiję na łonie. Czarną żmiję. Jego pomocnik, Zbig, młody chłopak, były stajenny, porwał się na swego nauczyciela i przejął władze w Ducktown.
Niewdzięczny plugawiec. Toż Jaro wszystkiego go nauczył. Za syna go miał. Razem tropili czerwonych komanczów. Razem przegonili z miasta bandę złego Donalda de Tuskos. To dzięki Jaro, ten parszywiec, stał się poważanym obywatelem. Prawą ręką szeryfa.
Kto mógł przewidzieć, że gdy obrośnie w piórka, obróci się przeciwko memu lubemu? Teraz rozumiem czemu tak często gościł w redakcji naszego dziennika. Czemu tak często zwoływał wiece, A ta wyprawa do tych psów szwajcarów, bankierów z Zurich Town, z w poszukiwaniu rzekomego złota czerwonych komanczów?
Nie jest więc już mój luby szeryfem. Czarna żmija zamknęła go w areszcie. Grozi mu stryczkiem. Podburza lud (a lud u nas ciemny) przeciwko niemu. Twierdzi, że mój luby za mało bezwzględnie rozprawiał się wrogami. Tymi na zewnątrz i tymi wewnątrz.
Za jego wezwaniem mieszkańcy Ducktown zaczęli budować nowe więzienie na terenie dawnej kopalni. Stwierdził, że stare jest już niewystarczające. No tak, powsadzał do niego wszystkich dawnych pomocników Jara.
—
Napisane w IV-RP




