
Wybory na jesień. Jeszcze pół roku temu upiłbym się winem i śpiewał do rana a teraz jakoś nie potrafię wskrzesić w sobie entuzjazmu. Oczywiście pójdę głosować i będę do tego namawiał (niczym wściekły akwizytor) całą rodzinę i wszelkich znajomych.
Na myśl o kampanii wyborczej bierze mnie obrzydzenie. Te same gęby ferujące te same frazesy. Socjotechnika i czarny PR. Kolejny dziadek w wermachcie i pusta lodówka. 3 miliony mieszkań i 2 miliony kilometrów autostrad.
Zapewne będzie tak samo jak podczas ostatnich wyborów samorządowych. Moja lewica musiała przyciskać prawicę z długopisem, aby ta postawiła znaczek obok prezydenta z PO. Najbardziej miernego włodarza jaki miało to biedne miasto. Co widać, słychać i czuć.
Jak pomyślę, że w tym kraju jest dwadzieścia kilka procent (nie boję się użyć tego słowa) durni gotowych zagłosować na partie byłej koalicji, to bierze mnie na wymioty. Jak pomyślę o kolejnych 50 procentach (albo i więcej) kretynów, którzy na wybory nie pójdą to…..
Ale najgorsza jest myśl, że gdy zobaczę miłosne obciskiwanie i obmacywanie się PO z PiS w celu stworzenia POPIS to… chyba zamknę tego bloga i przestanę się zupełnie interesować polityką. Przedsmak tego już mieliśmy gdy Donald Myśliciel poszedł na czterogodzinną randkę z mlaskatorem. Wtedy nie pozostaje nic innego jak założyć własną partię albo wyjechać.
ps. Polecam wczorajszy komentarz Matki Kurki
Napisane w IV-RP




