
Wiszące tak nisko listopadowe słońce, wpadało do gabinetu. Złociło leżące na stole przedmioty. Oświetlało jego spokojną twarz. Milczał, ona siedziała weń wpatrzona.
Nie umiał ładnie mówić. Miał przykry zwyczaj cmokania. Złośliwcy (a tych było mnóstwo) przezywali go mlaskaczem. Bolało ją to. Długo próbowała go oduczyć. W końcu dała spokój. Wydawał się starszy od brata bliźniaka. Pozostawał w jego cieniu. Cichy, stonowany.
- Anno – odezwał się po chwili
- Tak? - ocknęła się z zadumy – Coś mówiłeś, miły?
- Odtąd będziemy razem – powiedział i uśmiechnął się serdecznie
Uśmiech nie często gościł na jego twarzy. Wielu brało to za grymas. Dla niej był to najpiękniejszy uśmiech na świecie. Gdy byli sami, potrafił śmiać się pełną piersią. Jakby ktoś zdejmował z niego całun jego smutków. Niestety tak rzadko mogli pozwolić sobie na takie chwile. Czasem spacer po molu, nad zimnym morzem. Czasem wizyta w innym mieście, kraju.
- Teraz będziemy częściej się widywać – uśmiechnęła się ciepło ale jej oczy były nadal smutne
- Tak, codziennie Anno, cieszysz się?
- Jestem bardzo szczęśliwa
Poznała go w mieście na północy. Ona była studentką, on wykładowcą. Złączyła ich wspólna praca. Musieli ukrywać przed złymi ludźmi uczucie, które ich złączyło. Mieli swoje życia. Bliskich, których nie mogli skrzywdzić. Wspierał ją.
—
Fot. Witold Rozbicki / REPORTER
Categories:




