
Piętro wyżej szaleje facet udarem. Od rana próbuje wywiercić dziurę, w mojej biednej obolałej głowie. Najgorsze, że płacę mu za to.
Od jakiegoś czasu modne są programy “Pimp my …”. Zaczęło się (chyba) od mtv-owego “Pimp my ride” czyli odpicuj mi brykę. Widziałem “Pimp my wife” a ostatnio “Pimp my house”.
Polegają one na tym, że właściciel starego auta/żony/domu jest uszczęśliwiany przez szalejącą przez 24 godziny ekipę fachowców. Zamiast wymieniać na nowszy model (duże koszta zwłaszcza w przypadku żony) właściciel otrzymuje wyremontowany przedmiot programu. Częstokroć z nowymi funkcjami (nie dotyczy żony).
Te programy to wierutne kłamstwo. Nie da się spimpować bryki/żony/domu w 24 godziny. Coś o tym wiem. Jak pewnie wiecie, na początku stycznia eksmitowałem się. Prace posuwają się raźnie do przodu i zapewne potrwają do… jesieni.
Powinienem być zadowolony, bo znalezienie w dzisiejszych czasach sprawnie pracującej ekipy, graniczy z cudem. Gdy tylko widzę któregoś z mych oprawców, twarz mą rozjaśnia słodki, dziękczynny uśmiech, ale w głębi duszy, mam ochotę pochować im wszystkie wiertarki i młotki.
Kombinuje z muzyką. Siedzę między dwoma wielkimi głośnikami. Na uszach mam moje DJ’owskie słuchawki. Najlepiej tłumi rytmiczne techno, zwłaszcza house. Ale jak długo da się przyjmować 120db o szybkości 130 bpm? Wpadam w trans.
Gdybym nie odzywał się dłuższy czas, to będzie znaczyć, że wyzionąłem ducha.
ps. Wiosna pojawiła się na moim spacerniaku… niesamowite!!!
Napisane w Przemyślenia przy kawie




