- Ożeszku! Co to było?? - krzyknął kapitan
- Nie wiem kurna, ale omal nas na drobny mak nie zmieliło! - odpowiedział pierwszy oficer ocierając pot z czoła– szczęście pancerz mamy mocny, rotariańska robota.
- Dobra, posprawdzać wszystko i rozejrzymy się na zewnątrz – zadysponował kapitan.
Każdy rzucił się do swojej konsolety. Po kolei padały meldunki. Obyło się bez większych strat. Kucharz marudził tylko, że potłukły się wszystkie jaja kametańskie. Przysmak kapitana.
Ubrani w lekkie skafandry (dość wysokie ciśnienie) wyszliśmy ostrożnie na zewnątrz. Statek znajdował się na dość dużej polanie okolonej przez olbrzymie zielone rury. Wielka maszyna ucięła je w połowie.
Po chwili pojawiły się stworzenia, poruszające się na długich szczudłowatych nogach. Ich głowy, wyposażone w olbrzymie oczy, wieńczyły ruchliwe czułki. Otwory gębowe otoczone były groźnie wyglądającymi żuwaczkami.
- Dobrze, że mamy przenośne pole siłowe – powiedział drugi
- To miejscowe owady – powiedział Kapitan spoglądając na laptopa - dość niska inteligencja jednostkowa, choć w grupie potrafią tworzyć formy inteligencji rozproszonej.
Nagle słońce zakryła olbrzymia owłosiona głowa. Czujne oczy potwora bacznie nas lustrowały. Nos istoty lekko drgał. Wieńczyły go długie wąsy. Zamarliśmy dzierżąc miotacze w pogotowiu.
- Cze ziomale! – Potwór odezwał się po chwili w najczystszym galaktycznym, z lekkim melmakańskim akcentem – Co, wózek się spsuł?
- Ktoś ty? - wyrzucił z siebie kapitan
- Urghh-Hgrrr-Miiiau-czwarty, w prostej linii potomek księcia Algrra-Mraaa-Hrrau-Miiiau Trzeciego, ale możecie mówić mi Roman.
Napisane w Bliskie spotkanie 3 stopnia




